30-06-2010

Jakub Krzywak

Leszek Łuszcz to osoba znana w branży od wielu lat. Zajmuje się zarówno realizacją studyjną, oraz koncertową. Studyjnie pracuje z wieloma artystami zarówno tego dużego jak i małego formatu. Koncertowo pracuje na stałe z Marią Peszek, Robertem Gawlińskim, oraz zespołem Wilki.

Jednym z ostatnich jego projektów jest produkcja wraz z Piotrem Witkowskim i  Sebastianem Włodarczykiem koncertowego DVD Marii Peszek.

O swoich początkach, oraz pomysłach na brzmienie i stosunek do nowych technologii Leszek odpowiada nam obszernie w krótkich pytaniach. Zapraszamy!

 

Realizator.pl

Jak wyglądała Twoja droga zawodowa od miejsca kiedy rozpoczynałeś swoją przygodę z dźwiękiem do momentu w którym znajdujesz się teraz?

Leszek Łuszcz

Właściwie cały czas czuję się muzykiem, który para się produkcją muzyczną i koncertową. Fakt, studiu i pracy live poświęcam zdecydowanie więcej czasu, przez to granie cierpi. Był taki moment że po latach intensywnego grania w zespołach odczułem znużenie i ogólne zmęczenie graniem na bębnach. Słowem przestało to być dla mnie atrakcyjne. Dopiero gdy poznałem Marcina Ułanowskiego, miłość do bębnów wróciła i teraz mimo że na stałe nie gram w żadnym regularnym składzie, grywam okazjonalnie koncerty, nagrywam w studiu i ogólnie gram zdecydowanie więcej. Ta przerwa w czynnym bębnieniu ma też dobrą stronę, w zasadzie niedostępną dla ludzi grających cały czas. Nabrałem dystansu do roli bębnów w muzyce i estetyce muzycznej w ogóle. Był taki czas kiedy słuchałem muzyki z perspektywy bębnów. To zgubne. Wynikiem tego były produkcje i miksy z przewalonymi bębnami lub z ich niedoborem, kiedy zdałem sobie sprawę że focusuję na bębny. Teraz jest inaczej i wiem że to wynik właśnie tej przerwy w graniu. Natomiast cena w kontekście grania jest taka, że w świadomości ludzi nie funkcjonuję już jako muzyk. Przez lata miałem bardzo dogodną sytuację, pracowałem w radiowym studiu nagraniowo – produkcyjnym. Dniem nagrywało się jingle, spoty i promosy, natomiast nocami, dzięki cichemu przyzwoleniu szefostwa robiłem demówki, później materiały płytowe kolegów i koleżanek. Dużo nagrywałem również w zaprzyjaźnionym Spectrum Studio Darka Durała. To było przez kilka dobrych lat jedyne miejsce w Tarnowie gdzie można było coś zawodowo nagrać. Teraz, wraz z  Iwonką mamy własne studio www.07studio.pl gdzie z jednej strony realizujemy spoty i działania postprodukcjne, w większości ogarnia to Iwonka, robi to doskonale, a z drugiej produkcje płytowe i muzykę. Pytasz, czy droga była naturalna, chyba tak… tego nie da się rozdzielić, muzyka rodzi się w konkretnym kontekście artystycznym i estetycznym, jeśli spotkasz na swojej drodze inspirujących ludzi, między którymi iskrzy i z którymi możesz tworzyć ten nowy, wspaniały świat to nieważne czy to jest basista, skrzypek, wokalista czy producent albo technik. Wszyscy pracują na całość i pompują ten balon, kiedy wybucha jest światowo, a o to przecież chodzi.

U mnie sprawa wygląda w ten sposób, że w każdy projekt, nieważne czy mały czy większy mocno się angażuję. Tak było i jest do tej pory. W zasadzie zawsze produkuję lub współprodukuję nagrywany materiał. To otwiera mi głowę. Chyba nie potrafię po prostu siedzieć za heblami i realizować czyjeś koncepcje. Na szczęście wielu artystom to odpowiada i miałem i wciąż mam przyjemność pracować z wieloma przeciekawymi osobowościami i fascynującymi ludźmi, zarówno w studiu jak i podczas koncertów. A tu zaczęło się tak że nie mając zbyt dużego doświadczenia, w zastępstwie kolegi, wykonałem koncert Roberta Gawlińskiego który udał się nadspodziewanie dobrze. Zapaliło się zielone światło dla dalszej współpracy, natomiast wtedy grałem z Siedem, CC Band i jeszcze kilkoma składami i nie udało się pogodzić jednego z drugim. Natomiast kiedy na początku 2004 roku zadzwoniła Monika Gawlińska z propozycją współpracy z zespołem Wilki, nie zastanawiałem się zbyt długo, tym bardziej że zawsze byłem i jestem fanem Roberta. Potem pojawił się Andrzej Smolik, którego cenię ogromnie i zawdzięczam mu bardzo dużo, Maria Peszek z którą jestem od pierwszego koncertu i okazjonalne działania z różnymi zespołami, w szczególności ze stajni Kayaxu. Mam to szczęście że pracuję z artystami, których twórczość jest mi bliska i odpowiada mi estetycznie. Tę zasadę mam również w pracy w studiu, musi mnie coś zachwycić żebym mógł się temu poświecić.

Realizator.pl

Twoje preferencje techniczne? Jak wygląda Twoje podejście do procesów wpływających na brzmienie?

Leszek Łuszcz

Przede wszystkim technika, sprzęt i wszelkie procesy na nic się zdają, jeśli brakuje artysty. Wielokrotnie przekonałem się że dobry sprzęt działa obosiecznie. Jeśli artysta wie po co wszedł na scenę, to nawet gdy koncert nie idzie tak jak powinien, wszystko jest ok, natomiast jeśli zespól gra bo musi, gitarzysta obraził się na wokalistę przed wejściem na scenę lub nie ma feedbacku z widowni, dźwięk zaczyna się rozklejać, zespół traci myśl, zaczyna źle grać i wtedy im lepszy sprzęt tym bardziej to słychać.

W pracy live podstawową kwestią jest jakość i strojenie systemu PA. Mamy w kraju wielu naprawdę znakomitych fachowców pracujących w  firmach nagłośnieniowych, którzy potrafią doskonale przygotować PA . Czasami kończę na kilku cięciach w EQ wynikających z moich osobistych preferencji, a czasami muszę stroić system długo i dokładnie. Nie lubię 500 Hz, w zasadzie ten zakres zazwyczaj leci od razu. Staram się żeby system grał raczej miękko, bez jazgotu, wtedy można zagrać głośniej, bez krwi z uszu. Zawsze z szacunkiem podchodzę do sprawy brzmienia u źródła, zarówno jeśli chodzi o wypracowany przez muzyka sound, jego kontekst estetyczny, jak i pozycję mikrofonów oraz jakość DI Boxów. Tu różnice są wyraźne i działa zasada wąskiego gardła. Oczywiście, wszędzie tam gdzie śpiewają wokaliści, ten element jest najważniejszy dla człowieka na widowni. Może nie być słyszalna gitara, stopa czy klawisz, jeśli nie ma wokalu lub jest niezrozumiały i za cicho, ludzie zjadają akustyka w sekundzie. Moment pierwszego wejścia wokalu podczas koncertu to adrenalina w czystej postaci. Jeśli chodzi o peryferia, sprawa obecnie ma się inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Teraz w większości pracuję na stołach cyfrowych gdzie cała dynamika i fx są zaszyte w konsolecie i sprawują się całkiem nieźle. Yamaha PM5D, Seria Vi Soundcrafta czy stoły Digidesign to świetne urządzenia, brzmiące, funkcjonalne i wygodne. Oczywiście jeśli mogę mieć Midasa Heritage 3000 z outboardem BSS, Drawmera i Fx Lexicon PCM to zawsze bardzo proszę 🙂

Studio to inny świat, raczej spokój, fotel i kawa. Staram się wyciągać max ze świata analogu i dobrodziejstwa cyfry. Używam różnych instrumentów, preampów i urządzeń analogowych w zależności od źródła i tematu, tu cały czas eksperymentuję, mam w studiu konsoletę mało znanej nowojorskiej manufaktury o nazwie SoundWorkshop. Użyłem jej pierwszy raz przy ostatniej płycie Renaty Przemyk. Ten stół docenili Brian Eno i Daniel Lanois nagrywając na nim jedną z płyt U2. Kiedyś wpadł mi w ręce wywiad z asystentem tych Panów który rozpływał się nad unikalnym i „great” soundem preampów tego stołu. Coś faktycznie w nich jest, szczególnie kiedy pracują na wysokim gainie. Są jasne, nieco kompresują w bardzo muzyczny sposób. Oczywiście również szumią :). Nagrania śladów z tego stołu kleją się ze sobą zupełnie inaczej. Lepiej. Natomiast jako DAW pracuję od lat na Nuendo, choć wychowałem się na Logicu:) Ostatnią moja fascynacją stały się przesłuchy. Odpowiednio kontrolowane dają nieosiągalną w żaden inny sposób przestrzeń przy nagraniach na setkę. Dokładając wszystkie artystyczne plusy tego typu nagrywania, walor jest nieporównywalnie wyższy.

Obecnie, kiedy każdy w zasadzie może nagrywać w domu z coraz lepszą jakością, na rynku pojawiają się uznane płyty które nie są jakoś wybitnie nagrane. Bagno wszechobecnej empetrójki zabija w ludziach wrażliwość na dźwięk, również w artystach. Jeszcze kilka lat temu, gdy zespół wchodził do studia było to wydarzenie, święto, zwieńczenie długiej pracy, żmudnych prób i przygotowań. Teraz nagrywa się szybko, czasami byle jak, z założeniem późniejszej edycji i samplingu. Firmy produkujące oprogramowanie coraz to podrzucają nowe i lepsze narzędzia edycyjne, np. takie jak Celemony Melodyne. Inna sprawa że jest to genialne wręcz dobrodziejstwo w rękach sprawnego producenta. Nie trzeba męczyć wokalisty cały dzień żeby dobrze zaśpiewał, jeśli trafimy dobre artystyczne, emocjonalne wykonanie, lecz gdzieś wkradł się bok intonacyjny, Melodyne jest nieocenione. Ale do tego trzeba mieć dystans, bo bardzo łatwo przepaść w otchłani edycyjnego hochsztaplerstwa. To nowy świat, mamy narzędzia i w zasadzie można spreparować wszystko, natomiast sedno sprawy czyli muzyka i art są dalej najważniejsze. Trzeba o tym pamiętać. Od nas zależy czy pójdziemy na obiad do McDonalda, czy zjemy go w dobrej restauracji w towarzystwie przyjaciół.

Rola studiów nagraniowych jako takich zmieniła się zasadniczo przez ostatnie lata. Marketingowo patrząc, wielki kompleks studyjny bez uznanych realizatorów i producentów jest martwy. Artyści szukają partnerów do pracy a nie miejsc. Wielu producentów to freelancerzy, którzy mają swoje pracownie, ale nagrywają w różnych miejscach, w zależności od produkcji. Teraz jeśli zespół chce nagrać płytę szuka producenta, mentora, człowieka który poprowadzi cały proces do szczęśliwego końca. Natomiast miejsce nagrań czyli studio schodzi na dalszy plan, można nagrywać w zasadzie wszędzie. To decyzja producenta i zespołu. I sprawa budżetu. Można nagrywać w Abbey Road i na działce u dziadka. I właśnie po to jest producent żeby to się udało, bo wcale nie musi. W zasadzie wszystkie moje produkcje mają takie źródło, że ktoś po prostu do mnie dzwoni, a nie kontaktuje się ze studiem jako takim.

Realizator.pl

Twoje podejście do realizacji i techniki koncertowej? Stosujesz np. systemy pomiarowe w trakcie koncertu?

Leszek Łuszcz

Nowe technologie to rewolucja, której doświadczyliśmy ostatnimi laty. Systemy line array, stoły cyfrowe, zdalne sterowanie systemem, skrętka zamiast multicora to nowa rzeczywistość w świecie live. Uwielbiam to! Podobnie systemy douszne, które są najlepszym rozwiązaniem monitorowym jaki pojawił się do tej pory. Wszystkie dywagacje i twierdzenia o nienaturalnej izolacji wynikają tylko z niedobrej realizacji. Doświadczony monitorowiec raz na zawsze zamyka ten temat. Preferuję subbas konfigurowany w kardioidzie i strojony tak żeby nie wracał na scenę w uciążliwy sposób. To wyraźnie poprawia komfort muzyków. Nie lubię grać głośno, choć się zdarzało. Np. podczas jednej z edycji krakowskich Wianków, od połowy koncertu pracowałem w słuchawkach, ciśnienie dźwięku musiało być duże, żeby przebić się na drugą stronę Wisły, natomiast po drodze, na barce stał stack… Duża sprawa 🙂

Jeśli chodzi o SmaartLive, zawsze chętnie skorzystam, jeśli jest dostępny. Swojego nie posiadam. To  bardzo przydatne oprogramowanie, natomiast ostatnią wyrocznią jest ucho. Byłem na kilku koncertach z wystrojoną przyrządami aparaturą, których nie dało się słuchać.

W związku z tym że pracuję z bardzo wyrazistymi artystami i mam bardzo sprecyzowany pomysł na brzmienie, wiem czego potrzebuję i która firma jest w stanie mi to zapewnić. Jest coraz więcej firm w kraju dysponujących sprzętem na którym gra się na świecie i powoli staje się normą, że jakość koncertów jest dobra, to zasługa sprzętu ale przede wszystkim ludzi którzy są coraz lepsi, więcej wiedzą i pracują w bardzo świadomy sposób.

Pliki do pobrania